Kategoria: Filmy

  • Sequel Nagiej Broni. Czy Liam Neeson ponownie wcieli się we Franka Drebina Jr.?

    Sequel Nagiej Broni. Czy Liam Neeson ponownie wcieli się we Franka Drebina Jr.?

    Powrót do kultowej serii komediowej po ponad trzech dekadach to zawsze ogromne ryzyko. Tym większe, gdy chodzi o tak ikoniczną i specyficzną markę, jaką jest Naga Broń. Reboot z 2025 roku, z Liamem Neesonem w roli porucznika Franka Drebina Jr., okazał się jednak niespodziewanym sukcesem. Film zdobył uznanie krytyków, zarobił przyzwoite pieniądze i na nowo rozbudził sentyment fanów. Nic dziwnego, że niemal od premiery, która miała miejsce 1 sierpnia 2025 roku, w mediach i wśród widzów krąży jedno zasadnicze pytanie: czy zobaczymy sequel?

    Sprawa nie jest prosta, a oficjalne stanowiska osób zaangażowanych w produkcję bywają sprzeczne. Podczas gdy część ekipy z entuzjazmem wspomina o pomysłach na kolejną odsłonę, inni, włącznie z reżyserem, studzą emocje. Decyzja o kontynuacji przygód policjanta o najgorszym przeczuciu w dziejach kina wisi w powietrzu, a klucz do niej trzyma studio, a nie sami twórcy.

    Sukces, który daje nadzieję

    Aby zrozumieć, skąd biorą się spekulacje o sequelu, trzeba spojrzeć na liczby. Czwarta Naga Broń była projektem o stosunkowo umiarkowanym budżecie. W kinach film zarobił łącznie około 101 milionów dolarów na całym świecie. To wynik, który sam w sobie nie rzuca na kolana w porównaniu z największymi hitami box office, a także w kontekście oryginalnej trylogii, której części zarabiały ponad 150 milionów dolarów każda. Jednak w przypadku reaktywacji takiej marki można go uznać za satysfakcjonujący.

    Co ważniejsze, produkcja zdobyła znakomite recenzje. W serwisie Rotten Tomatoes oryginalny film z 1988 roku ma wynik 87%, a reboot z 2025 roku spotkał się z podobnie pozytywnym odbiorem. Film trafił też do oferty platformy Paramount+ jesienią 2025 roku. To wszystko składa się na obraz udanej reaktywacji, która nie tylko odświeżyła markę dla starszego pokolenia, ale i pozyskała nowych widzów. Dla studia Paramount taki odbiór to wyraźny sygnał, że we franczyzie nadal drzemie potencjał.

    Głosy z planu: od entuzjazmu po sceptycyzm

    Jeśli zapytać bezpośrednio twórców o przyszłość serii, otrzymamy mieszane odpowiedzi. Sam Liam Neeson, którego komediowy talent w roli poważnego na pozór Franka Drebina został bardzo ciepło przyjęty, już w sierpniu 2025 roku określił swój udział w filmie jako jednorazowy występ (one-off). Jednak później aktor złagodził stanowisko, wyrażając otwartość na pomysł sequela, pod warunkiem że scenariusz będzie odpowiednio dobry, i zaznaczając, że nikt jeszcze nie rozmawiał z nim w tej sprawie.

    Z drugiej strony producentka Erica Huggins przyznała, że temat sequela jest żywo dyskutowany wśród aktorów, scenarzystów i producentów. Jeszcze wyraźniejszy optymizm wykazują scenarzyści filmu, Dan Gregor i Doug Mand, którzy pod koniec 2025 roku ujawnili, że zaczęli już robić notatki i zbierać pomysły na kolejną część. Seth MacFarlane, jeden z głównych producentów rebootu i pomysłodawca obsadzenia Neesona, również przyznał w wywiadzie, że „wszyscy by tego chcieli, włączając w to Liama”.

    Najbardziej sceptyczne stanowisko zajmuje jednak reżyser Akiva Schaffer. W wywiadzie z początku 2026 roku stwierdził kategorycznie, że nie ma obecnie planów na kolejny film, a jako główną przeszkodę wskazał zmiany właścicielskie w studiu Paramount. To ważna wskazówka sugerująca, że decyzja zależy od procesów korporacyjnych, a nie od braku chęci czy pomysłów ze strony zespołu kreatywnego.

    Długa i kręta droga do rebootu

    Długa i kręta droga do rebootu
    Źródło: images.gram.pl

    Historia powstania Nagiej Broni z 2025 roku pokazuje, jak trudne i długotrwałe bywają próby wskrzeszenia takich franczyz. Pomysł na kontynuację pojawił się po raz pierwszy już w 2009 roku – miał to być serial z powracającym Leslie Nielsenem. Niestety projekt upadł po śmierci legendarnego aktora w 2010 roku.

    Studio nie poddawało się jednak łatwo. W 2013 roku ogłoszono reboot z Edem Helmsem w roli głównej, który również ostatecznie nie trafił na ekran. Przełom nastąpił dopiero, gdy Seth MacFarlane zaproponował paradoksalną, ale genialną w swojej prostocie koncepcję: film o synu Franka Drebina, w którego wcieliłby się Liam Neeson, aktor kojarzony dotąd z brutalnym kinem akcji. Ten właśnie pomysł, po latach rozwoju, doprowadził do premiery w 2025 roku.

    Ta wieloletnia droga przez mękę jest być może najlepszym dowodem na to, że studio Paramount zdaje sobie sprawę z wartości marki. Skoro udało się przetrwać nieudane próby i w końcu odnieść sukces, logiczne wydaje się, że firma nie zrezygnuje łatwo z dalszej eksploatacji tytułu.

    Co może stanąć na przeszkodzie?

    Co może stanąć na przeszkodzie?
    Źródło: images.gram.pl

    Mimo optymistycznych sygnałów na drodze do sequela stoi kilka poważnych wyzwań. Po pierwsze, wspomniane już zmiany własnościowe w Paramount. Restrukturyzacje w dużych wytwórniach często prowadzą do rewizji planów produkcyjnych, wstrzymania projektów lub zmiany priorytetów. Nowi decydenci mogą mieć inną wizję rozwoju niż poprzedni zarząd.

    Po drugie, kluczowy jest harmonogram i chęci samego Liama Neesona. Aktor ma już ponad 70 lat i choć wciąż jest niezwykle aktywny, może preferować projekty mniej wymagające fizycznie niż komedia slapstickowa. Jego wstępne deklaracje o „jednorazowości” projektu, choć później złagodzone, mogą wynikać właśnie z takich praktycznych względów.

    Po trzecie, zawsze istnieje ryzyko, że kolejna część nie dorówna poziomem poprzednikowi. Siłą Nagiej Broni zawsze były świeże, absurdalne żarty i parodia konkretnych konwencji filmowych. Znalezienie nowego, równie trafnego celu do wyśmiania, a przy tym utrzymanie energii pierwszego filmu, to ogromne wyzwanie dla scenarzystów.

    Podsumowanie: przyszłość w rękach Paramountu

    Czy zobaczymy Liama Neesona ponownie w prochowcu porucznika Franka Drebina? Na to pytanie nie ma dziś jednoznacznej odpowiedzi. Wszystkie przesłanki wskazują, że chęci są – przynajmniej u części zespołu. Film odniósł wystarczający sukces, by uzasadnić kontynuację, a scenarzyści już pracują nad pomysłami.

    Ostateczna decyzja, jak to często bywa w Hollywood, nie będzie jednak należała do artystów, lecz do księgowych i menedżerów studia Paramount. To oni zadecydują, czy zielone światło dla sequela jest dobrą inwestycją. Biorąc pod uwagę, że udało im się już raz odbudować wartość tej marki, szanse na kolejną odsłonę wydają się całkiem realne. Być może potrzeba tylko odrobiny cierpliwości. W końcu, jak uczy historia tej serii, od pomysłu do realizacji może minąć nawet kilkanaście lat. Na szczęście dla fanów tym razem fundament pod kontynuację jest już solidnie zbudowany.

  • 8 lat temu gwiezdne wojny odpowiedziały na palące pytanie z przebudzenia Mocy. Po czym kilkukrotnie zmieniono tę wersję

    8 lat temu gwiezdne wojny odpowiedziały na palące pytanie z przebudzenia Mocy. Po czym kilkukrotnie zmieniono tę wersję

    Gdy w 2015 roku na ekranach kin pojawiło się „Przebudzenie Mocy”, fani odetchnęli z ulgą. Powrót „Gwiezdnych wojen” był emocjonujący, ale film pozostawił też kilka ważnych pytań bez odpowiedzi. Najbardziej palące z nich dotyczyło tego, skąd właściwie wziął się Najwyższy Porządek. Jak to możliwe, że po pokonaniu Imperium w „Powrocie Jedi” galaktykę znów ogarnął mrok, a potężna flota i armia zostały zbudowane w ukryciu?

    Odpowiedź nadeszła około 2018 roku, głównie za sprawą książek rozszerzających uniwersum, takich jak „Aftermath: Empire's End”. To wtedy poznaliśmy Plan Kontyngencji i Galliusa Raxa. Jednak ta, wydawałoby się, ostateczna wersja historii okazała się zaskakująco płynna. Lucasfilm kilkakrotnie ją zmieniał, dostosowując do nowych filmów i seriali, co stworzyło fascynującą i nieco zagmatwaną opowieść o powstaniu największego zagrożenia dla Nowej Republiki.

    Plan Kontyngencji Galliusa Raxa: pierwotna odpowiedź

    W pierwotnym zamyśle, który ujawniono w materiałach rozszerzonych osiem lat temu, kluczem do wszystkiego był Plan Kontyngencji. Nie był to zwykły plan ewakuacji upadającego Imperium, lecz akt ostatecznego, fanatycznego poświęcenia wymyślony przez samego Palpatine’a.

    Plan miał prostą, mroczną logikę: jeśli Imperator zginie, a Imperium upadnie, oznacza to, że nie było ono godne przetrwania. Jego ostatnim rozkazem było więc całkowite zniszczenie pozostałości państwa. Wybrani lojaliści – ci, którzy okazali się najsilniejsi, przetrwawszy wewnętrzne czystki – mieli uciec w Nieznane Regiony galaktyki. Tam, wykorzystując zasoby i plany zgromadzone przez Palpatine’a jeszcze przed powstaniem Imperium, mieli odbudować je w czystszej, silniejszej formie.

    Wykonawcą tego planu był Gallius Rax, tajemniczy doradca Imperatora. To on nadzorował ostatnie bitwy, które były tak naprawdę strategicznymi ofiarami mającymi wyłonić prawdziwie oddanych imperialnych. Szczególnie ważnym elementem tej układanki było Jakku. Rax pozyskał tam grupę dzieci, które poddano brutalnemu praniu mózgu i szkoleniu wojskowemu pod okiem oficera Brendola Huxa. Ci młodzi ludzie stali się elitarnymi jednostkami – zabójcami i żołnierzami, którzy działali jeszcze przed oficjalnym końcem wojny. To właśnie oni stanowili zalążek przyszłego programu szturmowców Najwyższego Porządku, co wyjaśniało, skąd w „Przebudzeniu Mocy” wzięła się tak zdyscyplinowana i bezwzględna armia.

    Ta wersja była spójna. Łączyła bezpośrednio upadek Imperium z narodzinami nowego zagrożenia, a przy tym podkreślała maniakalną wizję Palpatine’a. Imperium miało się odrodzić z popiołów lub w ogóle nie przetrwać.

    Pierwsza zmiana kursu: tajemnica Snoke'a i Palpatine'a

    Odpowiedź z książek szybko zaczęła wymagać poprawek. „Ostatni Jedi” (2017) i przede wszystkim „Skywalker. Odrodzenie” (2019) wprowadziły do kanonu nowe, rewolucyjne informacje, które zmieniły kontekst całej historii.

    Najważniejsza była rola samego Palpatine’a. W „Odrodzeniu” okazało się, że Imperator nie tylko przygotował Plan Kontyngencji, ale… fizycznie przetrwał. Jego duch (a później i klon) od dawna działał z tajnej bazy na Exegolu, kierując wydarzeniami z ukrycia. Nagle Najwyższy Porządek przestał być samodzielnym tworem ocalałych imperialnych. Stał się marionetką w rękach prawdziwego mistrza Ciemnej Strony.

    Fundamentalnie zmieniało to motywację bohaterów. Działania Raxa i innych nie były już wyłącznie realizacją ostatniego rozkazu, lecz częścią wieloletniego, aktywnego spisku kierowanego bezpośrednio przez Palpatine’a. Wizja „odrodzenia z popiołów” zyskała dosłowny wymiar – Mroczny Lord Sithów sam nadzorował odbudowę swojej potęgi. Serial „The Mandalorian” potwierdził ten kierunek, pokazując, że lojaliści Imperium już kilka lat po bitwie o Endor aktywnie pracowali nad klonowaniem i poszukiwaniem nowych gospodarzy dla ducha Imperatora.

    Druga kwestia to Snoke. W pierwotnych założeniach po „Przebudzeniu Mocy” był on zagadkową, nową siłą. Później kanon ujawnił, że był sztucznie stworzonym hybrydowym klonem, naczyniem dla wpływów Palpatine’a. Jego rola jako Naczelnego Wodza była jedynie inscenizacją. To kolejny element, który umniejsza autonomię pierwotnej wizji Najwyższego Porządku jako dzieła Raxa i Huxów.

    Dopasowanie i retcon: jak nowe media zmieniły historię

    Dopasowanie i retcon: jak nowe media zmieniły historię

    Lucasfilm nie wymazał jednak książkowych historii. Zamiast tego zaczął je delikatnie dopasowywać, stosując retcony (zmiany w ustalonym wcześniej kanonie). W nowym świetle Plan Kontyngencji Galliusa Raxa nie był już ostatecznym źródłem powstania Najwyższego Porządku, lecz jednym z jego kluczowych etapów – militarną i logistyczną fazą przejściową.

    Rax i jego sojusznicy mogli wierzyć, że działają według własnego planu lub ostatniej woli Imperatora, podczas gdy w rzeczywistości byli tylko użytecznymi narzędziami w rękach o wiele potężniejszej siły z Exegolu. Ich działania – ewakuacja floty, szkolenie dzieci na Jakku, konsolidacja sił w Nieznanych Regionach – idealnie wpisywały się w długofalową strategię Palpatine’a.

    Nowe komiksy i powieści, wydane już po trylogii sequeli, zaczęły dodawać do starych wątków nowe konteksty. Pojawiające się wizje Palpatine’a, jak ta ukazana w komiksie „Star Wars: The Rise of Kylo Ren”, gdzie mroczna postać Imperatora kusi Bena Solo, pokazują, że jego duchowy wpływ był aktywny na długo przed fizycznym powrotem w „Odrodzeniu”. Sugeruje to, że cały proces powstawania Najwyższego Porządku mógł być z założenia infiltrowany i kierowany jego wolą.

    Dlaczego historia tak często się zmienia?

    To zjawisko nie jest w „Gwiezdnych wojnach” nowe, ale w erze Disneya stało się szczególnie wyraźne. Przyczyn jest kilka. Przede wszystkim mamy do czynienia z tworzeniem franczyzy na wielu frontach jednocześnie: filmy, seriale, książki, komiksy i gry. Koordynacja między tymi mediami bywa wyzwaniem, zwłaszcza gdy plany filmowe ulegają nagłym zmianom (np. po odejściu reżyserów z projektów).

    Po drugie, priorytetem jest zawsze narracja filmowa i serialowa. Gdy twórcy „Skywalker. Odrodzenie” zdecydowali się na powrót Palpatine’a, całe dotychczasowe tło musiało zostać dostosowane do tej decyzji, bez względu na to, co wcześniej napisano w książkach. To książki i komiksy służą teraz często za pomost łączący i wyjaśniający decyzje ekranowe, a nie jako samodzielne, nienaruszalne źródło prawdy.

    Wreszcie, istotna jest kwestia odkrywania historii wraz z widzem. Lucasfilm stopniowo odsłania karty, czasem zmieniając perspektywę. To, co początkowo wyglądało na spontaniczne odrodzenie się imperialnego fanatyzmu, po latach okazało się częścią znacznie większego, starszego spisku. Dla części fanów to wzbogacenie świata, dla innych – niepotrzebne komplikowanie raz ustalonej, dobrej historii.

    Podsumowanie

    Odpowiedź na pytanie „skąd wziął się Najwyższy Porządek?” ewoluowała przez ostatnie osiem lat od konkretnej, militarnej opowieści o Planie Kontyngencji do dużo bardziej mistycznej i złożonej historii o wiecznym spisku Palpatine’a.

    Pierwotna wersja z Galliusem Raxem na czele nadal stanowi kluczowy rozdział – wyjaśnia mechanikę upadku Imperium i exodusu w Nieznane Regiony. Jednak późniejsze filmy nadały jej nowe znaczenie, czyniąc z niej jedynie etap wykonawczy w dalekosiężnym planie Mrocznego Lorda Sithów. Ta płynność kanonu może frustrować, ale jest też świadectwem żywego, rozwijającego się uniwersum, w którym żadna opowieść nie jest ostatecznie zamknięta, dopóki nie dopasuje się ostatniej części układanki. Dziś powstanie Najwyższego Porządku widzimy nie jako konsekwencję jednego rozkazu, lecz jako realizację obsesji człowieka, który zaplanował swoje odrodzenie na długo przed śmiercią.

  • Nie będzie prequela wielkiej serii filmowej z Margot Robbie? Reżyser rezygnuje z projektu

    Nie będzie prequela wielkiej serii filmowej z Margot Robbie? Reżyser rezygnuje z projektu

    Planowany powrót do świata „Ocean’s 11” napotkał kolejną znaczącą przeszkodę. Lee Isaac Chung, reżyser nominowany do Oscara za film „Minari”, odszedł z projektu prequela kultowej serii. Film, który ma przenieść akcję do Europy lat 60. i w którym główną rolę zagra Margot Robbie, znów pozostaje bez reżysera.

    To już druga taka zmiana w stosunkowo krótkiej historii rozwoju tego tytułu. Decyzja Chunga stawia pod znakiem zapytania dynamikę produkcji, choć studio Warner Bros. deklaruje, że projekt jest nadal aktywny i trwają poszukiwania nowego kandydata na to stanowisko.

    Dlaczego Lee Isaac Chung odszedł z projektu?

    Powód jest klasyczny dla Hollywood, ale zawsze znaczący: różnice w wizji artystycznej. Chung zrezygnował na bardzo wczesnym etapie, co sugeruje, że rozbieżności pojawiły się już przy kształtowaniu fundamentalnych założeń filmu. Co ciekawe, rozstanie odbyło się w przyjaznej atmosferze.

    Potwierdziły to wspólnie studio Warner Bros. oraz LuckyChap Entertainment, firma produkcyjna Margot Robbie. W oficjalnym oświadczeniu podkreślono, że wszystkie strony pozostają w dobrych relacjach i liczą na współpracę w przyszłości. To ważne, ponieważ Chung jest uznanym twórcą, a jego ostatni projekt, „Twisters”, to duża produkcja studyjna.

    Dla samego reżysera była to szansa na poprowadzenie wielkiego, gwiazdorskiego heist movie z historycznym tłem. Jego odejście pokazuje, jak trudno jest pogodzić autorską wizję z komercyjnymi oczekiwaniami dużego studia i producentów.

    Burzliwe początki prequela „Ocean’s 11”

    Historia tego filmu to prawdziwy rollercoaster. Chung nie był pierwszym reżyserem, który podjął się tego zadania. Wcześniej do kierowania projektem przypisany był Jay Roach, znany z serii „Austin Powers” i filmu „Gorący temat”. Jego odejście otworzyło drogę dla Chunga, a teraz sytuacja się powtarza.

    Taki obrót spraw nie jest dobrą wróżbą. Częste zmiany reżyserskie na tak wczesnym etapie zazwyczaj oznaczają problemy ze scenariuszem, koncepcją lub po prostu brak klarownej wizji, którą studio chciałoby realizować. Projekty, które mają za sobą kilka „restartów”, nierzadko trafiają do szuflady lub powstają w formie dalekiej od pierwotnych zamierzeń.

    Scenariusz napisała Carrie Solomon, a historia ma opierać się na postaciach stworzonych przez George’a Claytona Johnsona i Jacka Goldena Russella, czyli autorów oryginału z 1960 roku. Fabuła jest pilnie strzeżona, ale kluczowe pozostają dwa elementy: realia lat 60. w Europie oraz obsada.

    Gwiazdorska obsada wciąż w grze. Ale ze zmianami

    Mimo problemów za kulisami, obsada projektu prezentuje się imponująco. Niezmiennie jego sercem i jednocześnie producentką pozostaje Margot Robbie. Jej firma LuckyChap, odpowiedzialna za takie hity jak „Barbie” czy „Saltburn”, jest siłą napędową całego przedsięwzięcia.

    U boku Robbie miał początkowo stanąć Ryan Gosling, co byłoby ponownym połączeniem sił po fenomenalnym sukcesie „Barbie”. Plany się jednak zmieniły. Aktor opuścił projekt, a jego miejsce zajął… Bradley Cooper. To niezwykle ciekawe rozwinięcie, biorąc pod uwagę, że Cooper i Robbie już wcześniej współpracowali.

    Duet Robbie i Cooper to obecnie główna para prequela. Ich obecność daje projektowi olbrzymi potencjał komercyjny i artystyczny, ale stawia też wysokie wymagania przed nowym reżyserem. Będzie on musiał nie tylko odnaleźć się w stylistyce kina kradzieżowego, ale też efektywnie poprowadzić tak silne, kreatywne osobowości.

    Co dalej z filmem? Szukają nowego reżysera

    Co dalej z filmem? Szukają nowego reżysera

    Warner Bros. nie odkłada projektu na półkę. Potwierdzono, że prequel pozostaje w aktywnej fazie rozwoju i trwa intensywne poszukiwanie nowego reżysera. To kluczowy moment. Kolejny wybór musi być trafiony, aby produkcja wreszcie zyskała stabilność i mogła ruszyć na plan, co planowano na nadchodzący rok.

    Studio stoi przed niełatwym zadaniem. Musi znaleźć twórcę, który:
    ** Podejmie się pracy nad ikoniczną franczyzą pod ogromną presją.** Będzie potrafił współpracować z wielkimi gwiazdami, będącymi jednocześnie wpływowymi producentami.
    ** Ożywi klimat lat 60. w Europie, oferując coś więcej niż tylko stylową imitację.** Wypracuje wspólną wizję ze studiem, unikając pułapki „różnic kreatywnych”.

    Kandydatów może być wielu – od doświadczonych rzemieślników gatunku po śmiałych wizjonerów szukających komercyjnego przełomu. Niezależnie od wyboru, wyzwanie będzie ogromne.

    Kontekst korporacyjny: wielkie fuzje i plany Warner Bros.

    Warto wspomnieć, że cały ten proces toczy się w cieniu wielkich zmian w przemyśle filmowym. Warner Bros. Discovery rozważało przejęcie studia Paramount. Tego typu megafuzje zawsze wprowadzają element niepewności, gdyż mogą prowadzić do rewizji planów produkcyjnych i cięć budżetowych.

    Jednak oba studia zachowują na razie zdolność do samodzielnego zatwierdzania projektów w trakcie procesów regulacyjnych. Prequel „Ocean’s 11” z Robbie i Cooperem jest na tyle dużym i atrakcyjnym tytułem, że ma szansę przetrwać nawet korporacyjne wstrząsy. Jego potencjał jest po prostu zbyt duży, by go zmarnować.

    Podsumowanie

    Rezygnacja Lee Isaaca Chunga z reżyserii prequela „Ocean’s 11” to poważny, ale prawdopodobnie nie śmiertelny cios dla projektu. Sytuacja ta obnaża jednak trudności w znalezieniu właściwego tonu dla tej wyczekiwanej produkcji. Mimo kolejnej zmiany na kluczowym stanowisku, film ma nadal potężne atuty: sprawdzoną obsadę, gotowy scenariusz i wsparcie dużego studia.

    Kluczowe będzie teraz znalezienie reżysera z jasną wizją, który nie tylko nawiąże do ducha oryginału, ale też tchnie w projekt świeżość. Sukces „Barbie” udowodnił, że połączenie wielkiego stylu, gwiazdorskiej obsady i odważnej produkcji wciąż potrafi podbić świat. Warner Bros. i LuckyChap z pewnością chcą powtórzyć ten schemat. Pytanie brzmi: kto tym razem poprowadzi ten misterny plan? Odpowiedź zadecyduje o przyszłości powrotu do świata „Ocean’s”.

  • Nowe Twarze DC Obok Supermana: Mr. Terrific, Hawkgirl i Inni Debiutują W Pierwszym Zwiastunie

    Nowe Twarze DC Obok Supermana: Mr. Terrific, Hawkgirl i Inni Debiutują W Pierwszym Zwiastunie

    Pierwszy pełny zwiastun „Supermana” Jamesa Gunna nie pozostawia złudzeń. Choć tytuł sugeruje film o jednym bohaterze, otrzymaliśmy zapowiedź czegoś znacznie większego. DC Studios niezwykle śmiało prezentuje cały zastęp superbohaterów, sygnalizując, że produkcja ta to coś więcej niż kolejne solowe przygody Człowieka ze Stali. To fundament nowego, żywego uniwersum, które powstaje na naszych oczach.

    Uderzające jest to, że zwiastuny (dostępne także w polskiej wersji językowej) zdecydowanie więcej uwagi poświęcają nowym postaciom niż tradycyjnemu antagoniście. Lex Luthor pojawia się jedynie na moment, za to Mr. Terrific, Hawkgirl, Metamorpho i Guy Gardner zostali pokazani w sposób, który budzi ogromną ciekawość fanów komiksów. James Gunn, znany z budowania zespołów bohaterów w „Strażnikach Galaktyki”, zdaje się powtarzać ten sprawdzony schemat, ale w zupełnie nowym kontekście.

    Superman – restart uniwersum DC

    Film, znany wcześniej pod roboczym tytułem „Superman: Legacy”, ma kolosalne zadanie. To oficjalnie pierwszy pełnometrażowy film nowego uniwersum kinowego DC, nad którego spójnością czuwa Gunn wraz z Peterem Safranem. Po burzliwym okresie poprzedniej ery cała nadzieja studia została złożona w tej produkcji. Premiera zaplanowana jest na 11 lipca 2025 roku w USA i kinach IMAX, a dwa dni wcześniej, 9 lipca, film trafi na ekrany międzynarodowe.

    Pod względem fabularnym Gunn obiecuje powrót do klasycznych wartości. Jego Superman, grany przez Davida Corensweta, to postać próbująca pogodzić swoje kosmiczne dziedzictwo z ludzkim wychowaniem w małym miasteczku. Oficjalny opis zapowiada „mieszankę zapierającej dech w piersiach akcji, humoru i wzruszeń”, podkreślając, że Clark Kent kieruje się współczuciem i wiarą w ludzkie dobro. Kluczowe słowa ze zwiastuna – „Twoje wybory. Twoje czyny. To one określają… twoją wartość” – brzmią jak credo tej nowej, bardziej ludzkiej odsłony bohatera.

    Kto jest kim? Przewodnik po nowych bohaterach

    Wprowadzenie tak wielu postaci w zwiastunie filmu o Supermanie to odważny ruch. Nie są to jedynie cameo. Każda z tych postaci zdaje się odgrywać konkretną rolę w narracji, co sugeruje, że redakcja „Daily Planet” może być tylko punktem wyjścia dla szerszej opowieści.

    • Mr. Terrific (Edi Gathegi): Michael Holt, trzeci najinteligentniejszy człowiek na Ziemi w komiksach DC, naukowiec i atleta. Jego charakterystyczne, unoszące się w powietrzu T-Spheres są wyraźnie widoczne w zwiastunie. Jego obecność sugeruje, że film będzie czerpał z technologicznego i intelektualnego aspektu świata DC.
    • Hawkgirl (Isabela Merced): W komiksach istnieje kilka wcieleń tej bohaterki, najczęściej związanych z kosmiczną rasą Thanagarian lub starożytnymi egipskimi klątwami. Jej pojawienie się, najprawdopodobniej jako Shayera Hol, otwiera drzwi do wprowadzenia mitologii kosmicznej i historycznej w uniwersum Gunna.
    • Metamorpho (Anthony Carrigan): Rex Mason, bohater, który zyskał zdolność przekształcania swojego ciała w dowolny pierwiastek chemiczny. Casting Carrigana, znakomitego aktora komediowego znanego z serialu „Barry”, jest strzałem w dziesiątkę – w komiksach Metamorpho często służył jako źródło humoru wśród poważniejszych kolegów z Ligi Sprawiedliwości.
    • Guy Gardner (Nathan Fillion): Jeden z kilku ziemskich Green Lanternów, znany z wybuchowego charakteru, arogancji i… rudej fryzury. Jego obecność w charakterystycznej zielonej kurtce potwierdza plotki, że Gunn może czerpać z tonu „Justice League International” – popularnej serii komiksów z lat 80. i 90., łączącej superbohaterstwo z komedią biurową.

    Nie można też zapomnieć o Krypto, psie Supermana, który również ma swoje momenty w zwiastunie. To kolejny znak, że Gunn nie boi się mniej poważnych elementów mitologii.

    Obsada na medal: od Corensweta po Houlta

    Sukces filmu leży także w rękach obsady. David Corenswet, wybrany po długich poszukiwaniach, w których wśród finalistów znalazł się on i Nicholas Hoult, musi nadać nowy głos najbardziej ikonicznemu superbohaterowi świata. U jego boku stanie Rachel Brosnahan jako Lois Lane, co obiecuje dynamiczny i inteligentny duet dziennikarski.

    Co ciekawe, Nicholas Hoult nie odszedł z pustymi rękami. Wcieli się w głównego antagonistę, Lexa Luthora. To ciekawy wybór, sugerujący młodszego, być może bardziej charyzmatycznego i technologicznego wizjonera. Całość dopełniają takie nazwiska jak Wendell Pierce jako Perry White, szef Daily Planet, czy María Gabriela de Faría w tajemniczej roli.

    Co to oznacza dla przyszłości DC?

    Prezentacja tak wielu bohaterów w pierwszym zwiastunie „Supermana” to czytelny sygnał strategiczny. DC Studios nie chce tracić czasu na powolne budowanie uniwersum film po filmie, jak miało to miejsce w przeszłości. Zamiast tego Gunn od razu rzuca widza w sam środek tętniącego życiem świata, w którym Superman nie jest samotnym bogiem, lecz częścią większego ekosystemu.

    Takie podejście ma kilka zalet. Po pierwsze, natychmiast odróżnia ten film od poprzednich solowych przygód Supermana. Po drugie, daje fanom konkretny powód do ekscytacji – mogą zobaczyć ulubione, mniej oczywiste postaci na wielkim ekranie. Wreszcie stwarza naturalne przejście do przyszłych filmów solowych lub zespołowych. Czy zobaczymy zalążek nowej Ligi Sprawiedliwości lub właśnie Justice League International? Zwiastun mocno na to wskazuje.

    Podsumowanie: śmiały krok w nieznane

    James Gunn nie robi niczego na pół gwizdka. Pierwszy zwiastun „Supermana” to nie tylko zapowiedź kolejnej ekranizacji, ale manifest nowej ery DC. Przesunięcie uwagi z samego Supermana i Luthora na barwną galerię postaci pobocznych to ryzykowne, ale niezwykle pociągające posunięcie. Pokazuje, że studio stawia na bogactwo swojej historii komiksowej i charakterystyczny, pełen humoru styl Gunna.

    Czy ten ekspansywny pomysł się sprawdzi? Odpowiedź poznamy w lipcu 2025 roku. Już teraz jednak widać, że Gunn zamiast kolejnego, bezpiecznego restartu, proponuje widzom podróż w nieznane, zapraszając do świata, który od pierwszych klatek tętni życiem, historią i potencjałem. Superman przestaje być samotną wyspą, a staje się centralnym punktem nowego, fascynującego archipelagu.

  • Jason Momoa i reżyser Szybkich i wściekłych wezmą się za ekranizację Helldivers

    Jason Momoa i reżyser Szybkich i wściekłych wezmą się za ekranizację Helldivers

    To oficjalne – filmowa adaptacja Helldivers naprawdę powstaje. I to z naprawdę dużą obsadą twórców. Sony Pictures i PlayStation Productions zatrudniły do projektu Jasona Momoę, który zagra główną rolę, oraz Justina Lina, reżysera kilku części Szybkich i wściekłych, który zajmie się reżyserią i produkcją.

    Wydaje się, że to nie jest przypadkowy duet. Lin jest mistrzem w kręceniu dużych, bombastycznych akcji pełnych spektakularnych kaskaderii i zespołowej dynamiki – czegoś, co jest przecież kwintesencją rozgrywki w Helldivers. A Momoa? Cóż, trudno o bardziej przekonującego kandydata do roli twardziela w zbroi, który ma walczyć z hordami kosmitów w imię zarządzanej demokracji.

    Premiera filmu została już zablokowana w kalendarzach kin na 10 listopada 2027 roku. To dość odległa data, ale biorąc pod uwagę skalę produkcji i efekty specjalne, które będą potrzebne, by oddać szaleństwo oryginału, jest to zrozumiałe.

    Sukces gry napędza Hollywood

    Decyzja o ekranizacji nie wzięła się znikąd. Wszystko przez ogromny, zaskakujący nawet dla wydawcy sukces Helldivers 2. Gra, która wyszła w lutym 2024 roku, sprzedała się w ponad 12 milionach kopii w zaledwie kilka miesięcy od premiery. To sprawiło, że marka stała się gorącym towarem.

    PlayStation Productions, oddział Sony zajmujący się adaptacjami gier na filmy i seriale, wyraźnie postanowił wykorzystać ten pęd. Mają już na koncie udany film Uncharted z Tomem Hollandem oraz serial The Last of Us. Teraz przyszła kolej na satyryczny shooter kooperacyjny.

    Ciekawe jest to, jak studia filmowe podchodzą do materiału źródłowego. Helldivers to gra głęboko zakorzeniona w estetyce i satyrze filmu Starship Troopers Paula Verhoevena. To pełna przerysowanej propagandy, przesadnego patosu i krwawych starć z insektopodobnymi wrogami wizja przyszłości.

    Wierność oryginałowi to klucz

    Największym pytaniem jest teraz ton filmu. Czy Lin i Momoa złapią ten specyficzny, czarny humor i autoironię gry? W Helldivers gracze walczą o „zarządzaną demokrację”, roznosząc „liber-teę” (czyli wolność) po galaktyce za pomocą arsenału orbitalnych bombardowań. To ma być zabawne, przerysowane i trochę głupawe.

    Właściwie, ujmijmy to inaczej – jeśli film potraktuje tę wizję na poważnie, bez mrugnięcia okiem, będzie to katastrofa. Sukces adaptacji będzie polegał na tym, by widzowie śmiali się z bohaterów i ich ślepego oddania absurdalnej sprawie, a nie razem z nimi.

    Momoa ma już doświadczenie z filmami na podstawie gier. Wystąpił przecież w Minecraft: Film. Lin z kolei oprócz pracy przy serii Szybcy i wściekli wyreżyserował też kilka odcinków pierwszego sezonu serialu Warrior.

    To połączenie sił naprawdę może zadziałać. Z jednej strony mamy reżysera, który wie, jak nakręcić ekscytującą, wielką akcję kinową. Z drugiej – aktora, który ma charyzmę i fizyczność, by poprowadzić taki projekt. Reszta zależy od scenariusza.

    Wydaje się, że branża filmowa w końcu zrozumiała, co czyni adaptacje gier udanymi. Nie chodzi o wierne odwzorowanie każdego questu czy lokacji, ale o uchwycenie ducha, humoru i klimatu oryginału. Przy Helldivers ten duch jest wyjątkowo specyficzny.

    Czy doczekamy się kultowych linii dialogowych o „wspieraniu żywej amunicji”? Czy na ekranie pojawią się przyjazny ogień i orbitalne lazery, które równie często trafiają sojuszników co wrogów? Tego właśnie oczekują fani.

    Na odpowiedź przyjdzie nam poczekać aż do końca 2027 roku. Do tego czasu Super Ziemia ma nadzieję, że twoja gotowość bojowa pozostanie wysoka.

    Źródła